wtorek, 14 stycznia 2014

GLEE - telewizyjny musical, który osiągnął sukces

Musical. Słysząc to, wiele osób krzywi się, kojarząc owe słowo z cukierkowym światem przedstawionym w „Grease” albo głupotami dla nastolatek, którym jest z pewnością „High School Musical”. Część ludzi zna tytuły takie jak „Rocky Horror Picture Show”, „Cats” czy „Wicked”. Tym, którzy nie przepadają i/lub nie znają tematu, tylko kojarzą niektóre tytuły, pomysł serialu-musicalu wydaje się po prostu głupi. Nachodzi nas więc pytanie: Czy można zrobić musical o formacie serialu, który nie byłby totalną porażką?
    Odpowiedź brzmi tak. Przykładem jest właśnie „Glee”. Może najpierw przybliżę trochę fabułę: Nauczyciel języka hiszpańskiego w jednym z liceów w Ohio, William Schuester, decyduje się wskrzesić szkolny chór. Należą do niego przedstawiciele prawie każdej grupy w owej szkole, a plany Williama za wszelką cenę chce pokrzyżować trenerka cheerleaderek, Sue Sylvester. Brzmi banalnie? Nic z tych rzeczy. To znaczy, oczywiście, streszczenie nie jest za bardzo zachęcające, ale cały ten banał w tym serialu działa! Jakie są przyczyny sukcesu serialu? Temu właśnie chcę się przyjrzeć.
    Po pierwsze: bohaterowie. „Glee” może się poszczycić zestawem jednych z najbarwniejszych postaci, jakie widziałam w serialach. Mamy Rachel Berry: niską Żydówkę, przeciętnej urody,  uważającą się za lepszą od całego świata i mającą jedno jedyne prawdziwe marzenie: Zostać gwiazdą na Broadwayu. Drugi przykład: Finn Hudson. Kapitan szkolnej drużyny futbolowej, jeden z najpopularniejszych chłopaków w szkole, nie grzeszącego inteligencją i dla którego popularność liczy się bardziej niż sam chciałby przyznać. Po trzecie: Kurt Hummel. Nastoletni gej, który jako jedyny w całej szkole „wyszedł z szafy”, mający z powodu swojej orientacji seksualnej wiele nieprzyjemności i na którego zawsze można liczyć, jeżeli chodzi o sprawy związane z modą. To tylko trzy przykłady indywidualności w tym serialu. Tak naprawdę w „Glee” są pokazane postaci, które widzowie w wieku licealnym czy gimnazjalnym znają ze swoich szkolnych korytarzy. Mamy cheerleaderkę, dla której popularność jest najważniejsza, mamy wredną Latynoskę, która obraża praktycznie wszystkich, głupiutką blondyneczkę, nieśmiałą Azjatkę, chłopaka, który znęca się nad słabszymi – takie osoby są wszędzie, w każdej szkole, w każdym kraju, a jednocześnie bohaterowie są bardzo charakterystyczni, wręcz przerysowani. Zapamiętujemy ich, nieważne czy tego chcemy czy nie, czy ich lubimy czy nienawidzimy. Pamiętamy o zarozumiałej Rachel i głupiutkim Finnie.
     To też prowadzi do drugiego powodu: Możemy utożsamiać się z bohaterami. Jestem pewna, że każdy, kto ogląda ten serial zna osoby, które są jak bohaterowie. Wszyscy kojarzymy wredne, popularne dziewczyny, kujonów, itp., ponieważ mijaliśmy je na szkolnych korytarzach. Możliwe też, że sami byliśmy/jesteśmy jak bohaterowie – może ktoś z oglądających jest nieśmiały albo boi się ujawnić swoją orientację seksualną, bo wie, jakie są tego konsekwencje. Bardzo prawdopodobnym jest, że siedząc przed telewizorem myśli sobie „Hej, nie jestem w tym sam…”.
    Sytuacje przedstawiane w serialu są również realistyczne. Niestety to, co jest pokazane w serialu – znęcanie się nad słabszymi, dręczenie osób o innej religii czy orientacji seksualnej – często spotykamy w obecnych czasach. Dzięki temu osoby, które są ofiarami, mogą poczuć się lepiej, bo wiedzą, że nie są same. Uświadamia się je, że ten problem jest ogólnoświatowy, ale też że jest dla nich pomoc, wystarczy o nią poprosić.
    Chyba najważniejszy powód dla serialu musicalowego: Muzyka. Wydawać się może, że w takim serialu będą tylko najnowsze piosenki Lady Gagi, Katy Perry czy Justina Biebera. Nic bardziej mylnego! „Glee” łączy w sobie muzykę z „Funny Girl”, Michaela Jacksona, Lady Gagi, Journey, Queen i Johna Lennona. Wszystkie, naprawdę wszystkie gatunki muzyczne pojawiają się w serialu. Dodatkowo, nierzadko są to własne interpretacje piosenek, które w oryginale są rąbankami, w serialu zaśpiewane są jako ballady. Każdy znajdzie jakąś ulubioną piosenkę, coś, co go zachwyci.
    Czy „Glee” to serial dla wszystkich? Nie. Trzeba lubić musicale, trzeba akceptować to, że nie tylko oryginalne wersje piosenek są godne przesłuchania, trzeba lubić seriale młodzieżowe. Nawet jeżeli wszystkie trzy warunki są spełnione, nie jest powiedziane, że polubi się bohaterów. Są bardzo przerysowani, dla niektórych aż nazbyt. Nie zmienia to jednak postaci rzeczy, że „Glee” osiągnęło bardzo duży sukces jak na młodzieżowy serial musicalowy. Warto dać mu szansę*.
Do zobaczenia,
Seras


*Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że serial jest w coraz słabszej formie. Mimo wszystko go uwielbiam i polecam.  

czwartek, 2 stycznia 2014

Uciekając od rzeczywistości, czyli seriale zdobywają popularność.

    Jeszcze jakiś czas temu, a mianowicie pod koniec okresu mojej podstawówki i początku gimnazjum słowo „serial” przywoływało na myśl takie tasiemce, jak „Moda na Sukces”, „M jak Miłość” czy „Na dobre i na złe”. Co się zmieniło? Co sprawiło, że oglądanie seriali nie kojarzy się już z obciachem?
   Efekty. Tak, seriale powstające obecnie są zdecydowanie lepsze wizualnie niż te, które zagościły w ramówkach w latach 90. Dlaczego? Na pewno ze względu na możliwości. Seriale stają się popularniejsze na całym świecie, więc stacje telewizyjne chętniej wyrażają zgodę na ich produkcje, kupują projekty, zamawiają kolejne sezony swoich największych hitów. Dodatkowo, technika cały czas idzie naprzód, więc i efekty specjalne stoją na wyższym poziomie (patrz: „Doctor Who” seria 1, a seria 7). Ludzie chętniej oglądają seriale, ponieważ wizualnie potrafią dorównać filmom pełnometrażowym, tyle że często są bardziej wciągające i po prostu lepsze. Nie znaczy to oczywiście, że dobre efekty specjalne gwarantują sukces serialu, ale z pewnością mu nie zaszkodzą.
   Bohaterowie. Postaci są, obok historii, najważniejszym czynnikiem wpływającym na sukces serialu. Muszą być charakterystyczni, zabawni, ale jednocześnie powinniśmy się móc z nimi utożsamiać. Bohaterowie powinni zapadać w pamięć, być jednym z powodów, dla których owy serial oglądamy. Myślę, że Greg House byłby świetnym przykładem takiej postaci. Jest, przepraszam za użycie takiego słowa, chamem, bufonem i egoistą. Jednocześnie mało znam osób, które go nie lubią i chcą o nim zapomnieć. W moim serialowym serduszku House zostanie na długo, ponieważ był to mój pierwszy porządny serial, który obejrzałam do ostatniego odcinka ostatniej serii, ale inni też długo pamiętają genialnego lekarza z Princeton-Plainsboro właśnie ze względu na to, jak oryginalną jest postacią.
   Muzyka. Niezależnie od tego, czy zwracamy na to uwagę czy nie, muzyka też w dużym stopniu wpływa na nasz odbiór serialu. Próbowaliście kiedyś oglądać serial albo film bez muzyki? Kompletnie inaczej. Muzyka jest niezbędna, buduje napięcie, pomaga wyrazić emocje, jakie są przekazywane w serialu. Bywa też tak, że piosenka jakiegoś zespołu pojawi się w serialu i dzięki temu odkryjemy muzykę, która towarzyszy nam później przez wiele dni.
   Scenariusz. Historie przedstawiane w obecnych serialach naprawdę wciągają. Niezależnie, czy są to przygody pewnego singla z Nowego Jorku poszukującego miłości, podróże pewnego Władcy Czasu i jego przyjaciół czy intrygi pewnego pana Underwooda. Naturalnie, nadal powstają seriale, które nie są w stanie przetrwać na antenie nawet roku, ale jest to nieuniknione, nieważne w którym roku serial powstał i jak bardzo ten właśnie gatunek jest popularny. Często zdarzają się też przypadki, w których na początku serial przedstawia się świetnie, scenariusz jest świetny, ale producenci ciągną go za długo i w efekcie zamiast zyskiwać widzów, to ich traci. Nie możemy z tym nic zrobić, możemy tylko cieszyć się, że nadal powstają seriale z tak fantastycznie przedstawioną historią.
Dostępność. Nie ma się co oszukiwać – dostępność chyba najbardziej wpływa na zwiększenie się popularności seriali. Ludzie nie mają czasu, wracają z pracy/szkoły zmęczeni, a mają jeszcze parę rzeczy do zrobienia, ale potrzebują chwili tak zwanego ‘odmóżdżenia’. Cóż jest lepszego niż jeden odcinek serialu, zwykle 40 lub 20 minut w zależności od tego, co oglądamy. W przypadku sitcomów jest to pół godziny slapsticku, zabawnych powiedzonek i śmiechu puszki. Są jednak seriale, przy których trzeba się skupić ze względu na ich zawiłą historię – jako przykład znów posłuży niezawodny Doctor Who.
Dzień po premierze w USA, UK czy Kanadzie odcinki są dostępne w Polsce, często już przetłumaczone. Jest to wygodniejsze od czekania przez parę miesięcy na jakąś przyzwoitą kopię filmu, nie będącej nagraniem z komórki, której właściciel do tego cały czas trząsł ręką. Oglądanie seriali staje się po prostu coraz łatwiejsze i przyjemniejsze, co dostrzega coraz większa liczba ludzi. Jak to dalej będzie wyglądać? Nie wiem, nikt nie wie. Myślę, że seriale nie stracą na swojej popularności, wręcz przeciwnie. Mam wrażenie, że powoli zaczyna się złota era telewizji i seriali, a że seriale są mi bliskie, bardzo mnie to cieszy.

Trzymajcie się ciepło!