niedziela, 23 marca 2014

Po setnym odcinku Glee – dlaczego nowe dzieciaki nie dają rady?



Oglądając serial z fabułą umiejscowioną w liceum, trzeba zdawać sobie sprawę, że jego bohaterowie kiedyś ukończą szkołę i będzie trzeba wymyśleć nowe postaci lub zakończyć serial (pan Murphy, jak wiemy, zdecydował się na opcję numer jeden, mimo że nie powinien). Jeżeli twórca decyduje się na koniec serialu, to powinien to zrobić godnie, wzruszająco i tak, żebyśmy ten finał zapamiętali. Natomiast w przypadku pierwszej opcji, trzeba stworzyć takich bohaterów, którzy jakoś wypełnią pustkę po starej ekipie, ale jednocześnie będą się wyróżniać. Panie Murphy, na tym polu poległ pan całkowicie, w każdym razie w moim odczuciu. No bo przyjrzyjmy się nowym dzieciakom bliżej:

- Marley Rose
Nie znoszę jej. Przepraszam. Przedstawiono ją jako nową Rachel, a jedyne co ma z nią wspólnego to… dobry głos i płeć? NIC te dziewczyny nie łączy. Rachel była ambitna, arogancka, dążąca po trupach do celu, czasem wredna, ale jednak dało się ją lubić, o czym świadczyła oglądalność pierwszej serii. Może to kwestia tego, że Marley jest irytująca, jej problemy mnie nie obchodzą i ogólnie rzecz biorąc jest totalnie przeciętna sprawia, że mam ochotę wyłączyć przez nią odcinek?

- Jake Puckerman
Pierwsze pytanie: Jaki był sens robienia z jego postaci młodszego przyrodniego brata Pucka? Żeby mieć pretekst do nakręcenia paru scen z jego udziałem? Nawet w setnym odcinku, w którym obydwoje są w McKinley, nie zamieniają ze sobą słowa. Nic. Co do postaci: miał być badass, buntownik i playboy, a wyszedł tancerz, który flirtuje ze wszystkimi dziewczynami tylko podczas „Womanizer” i po zerwaniu z Marley oraz który jeździ na hulajnodze o szkole. Świetnie. 

- Kitty Wilde
Jedna z dwóch nowych postaci, którą polubiłam, a i tak zajęło mi to z 9 odcinków. Nowa wredna cheerioska, na początku mix Santany i Quinn, dająca się naprawdę lubić, gdy przestaje tak bardzo próbować być jak one. Naprawdę można się do niej przekonać pod koniec sezonu, kiedy przestaje być robotem zaprogramowanym na bycie suką, a pokazuje trochę ludzkich uczuć.  

- Wade „Unique” Adams
Kiedy w „Nationals” powiedział, że może przeniesie się do McKinley, nie byłam szczęśliwa. I miałam rację. Wade jest irytujący, pretensjonalny, stara się być jak Mercedes (której nie lubię) i pierwszo sezonowy Kurt (który również mnie denerwował) i tak naprawdę żal było mi tylko w odcinku „Feud”, kiedy mówił o byciu dręczonym przez dziewczyny ze szkoły. Jest przerysowany tak jak „stara” ekipa, owszem, ale w sposób irytujący. Niestety, panie Murphy, nie udało się. 

-Ryder Lynn
Druga postać, którą polubiłam. Dlaczego? Bo nie widzę w nim aż tak rzucającej się w oczy kopii kogoś ze „starej” ekipy. Strzelałabym, że jest to mieszanka Sama i Finna, ale nie wiem. Ryder to normalny, według mnie trochę nadpobudliwy, utalentowany chłopak, który zakochał się w dziewczynie swojego kumpla, nie rozumie tego, co robi Unique, szuka kogoś z kim może swobodnie pogadać. Brzmi przeciętnie, ale naprawdę tego chłopaka polubiłam!
Wiem, wygląda to na hipokryzję, bo mówię wcześniej o stworzeniu ciekawych, barwnych i charakterystycznych postaci, a polubiłam Rydera, zwyczajnego chłopaka. Tyle że Lynn to jedyna postać, która nie zachowuje się, jakby próbowała być nastolatkiem z problemami w liceum. Ryder JEST nastolatkiem z problemami w liceum. Patrząc na niego nie widzę tego wysilania się i nieudanych prób bycia nastolatkiem, co u Marley, Jake’a i Unique. To samo można powiedzieć o Kitty. 

No dobrze, ale czemu taka refleksja naszła mnie teraz? Ano dlatego, że w setnym odcinku Glee jest pokazane wszystko, za czym tęsknię.
Odcinek otwiera Rachel z Mercedes, domagające się pochwał, aplauzu, plakatów z gratulacjami i przyjęcia godnego gwiazdy. Krótko mówiąc, odcinek otwierają Rachel i Mercedes jakie znamy i kochamy (ja osobiście Mercedes nie lubię, ale nawet ona mi w tym odcinku nie przeszkadzała c;) – zadufane i zapatrzone w siebie, ambitne i dumne. Czyli takie, jakie były w pierwszym, drugim sezonie. I tak jest z każdym! Oglądam odcinek i przysięgam, że siedzę i nie wierzę, jak bardzo za nimi wszystkimi tęskniłam. Unholy Trinity, Puck, Mike, Brittana. Postacie w pierwszych sezonach były na tyle charakterystyczne, by każdy je pamiętał, ich perypetie przyciągały po 10 milionów widzów przed telewizory w każdy wtorek. Teraz? Oglądalność leży i kwiczy, a Ryan Murphy tworzy fabułę z kosmosu, żeby tylko serial dożył końca szóstego sezonu. I po co to komu? Nie było lepiej skończyć serial na trzecim sezonie, kiedy był jeszcze znany, lubiany i oglądany?

wtorek, 25 lutego 2014

Pretty Little Liars - kto zabił Ali?



Oglądając ten serial przechodziłam przez pewne fazy: 

Pierwszy sezon – uuu, niezłe, ciekawa jestem kto zabił
Drugi sezon – ALE TO FAJNE, JA CHCĘ NASTĘPNY ODCINEK, KTO ZABIŁ ALI, KOMU DZIEWCZYNY MOGĄ UFAĆ?!!11111ONEONE
Trzeci sezon – Dalej nic nie wiem, dajcie trochę odpowiedzi. Proszę, ten serial jest super, ale zaczynacie mnie wkurzać.
Czwarty sezon – Noooo, taaaaaaak, super świetnie, ale to i tak nic nie… O CHOLERA JASNA COOOO? JA CHCĘ NOWY ODCINEK.

Tak, poziom odcinków Pretty Little Liars ostatnio leci w górę, co bardzo mnie cieszy, bo poważnie rozważałam rzucenie tego serialu w kąt. Na szczęście Marlene King daje nam ostatnio ciekawe rzeczy do oglądnięcia (SPOILER! Aria dowiadująca się o wszystkich kłamstwach Fitza, uzależnienie Spencer), które nie pozwalają się oderwać od ekranu. Dostajemy też jednak sceny, które najchętniej wymazałabym ze swojej pamięci (pożegnanie Caleba i Hanny jak z telenoweli bardzo niskich lotów). 

No tak, tylko o czym właściwie jest ten serial?
Aria Montgomery wraca do rodzinnego miasta dokładnie rok po zaginięciu swojej przyjaciółki Alison Dilaurentis. Spotyka resztę „paczki”, Hannę, Spencer i Emily, ale widzi, że trochę się pozmieniało i kumpele oddaliły się od siebie. Dziewczyny znowu zaczynają się przyjaźnić, gdy dostają wiadomości od tajemniczego A.

Czytając streszczenie ma się wrażenie, że jest to całkiem fajny kryminał, prawda? Otóż przez pierwsze dwa sezony tak! Jest to serial o zabarwieniu kryminalnym z nieodłącznymi problemami nastoletnich dziewcząt. Co się zaczyna psuć w 3 sezonie? Ilość bzdur piętrzących się z odcinka na odcinek powoli przekracza normy. Na szczęście w 4 sezonie, który zaczął się bardzo słabo w mojej opinii, zaczynamy dostawać troszkę odpowiedzi, widzimy trochę scen pełnych grozy, z powrotem kibicujemy dziewczynom. Serial polecam, bo nie jest zły, fajnie odmóżdża, a w pierwszych sezonach nawet potrafi przestraszyć. ;)
Oby tak dalej pani King, oby tak dalej!

sobota, 22 lutego 2014

Moje TOP 15 występów z Glee



2 sezon, mash-up Michaela Jacksona i Yeah Yeah Yeahs, występ Glee Clubu z drużyną futbolową. Świetny taniec, świetne piosenki, świetny mash-up, świetny występ. Nic innego nie muszę chyba mówić.

Sezon 3, znowu Michael Jackons i znowu świetne wykonanie. W tym wypadku jest to pojedynek Santana Lopez i Sebastian Smythe. Iskry lecą z ekranu, chemia jest nieprawdopodobna. Świetne. 

13.Torn
Sezon 4, duet “nowej” Rachel I “starej” Rachel. W oryginale Natalie Imbruglia. Trudne zadanie postawione przed Leą Michele, ale efekt końcowy jest fantastyczny. Chapeau bas, panno Michele.

 Sezon 3 i mój ulubiony mash-up Glee. W oryginale Adele, tutaj Troubletones. Naprawdę, Santana i Mercedes powinny częściej śpiewać. Mimo, że nie lubię postaci Mercedes, to głosu nie można jej odmówić.

Sezon 1, Bryan Ryan z Willem, oryginalnie Aerosmith. Dlaczego ten występ znalazł się na liście? Nie wiem, prawdopodobnie dlatego, że po prostu uwielbiam Neila Patricka Harrisa. No i występ sam w sobie jest fantastyczny. Polecam.

Sezon 5, Santana i Rachel, w oryginale oczywiście The Beatles. Bardzo miły dla oka i ucha występ śpiewających kelnerek, w którym Rachel pokazuje na co ją stać. Szkoda tylko, że tak mało było naprawdę dobrych występów w tych dwóch odcinkach. Ale lepszy rydz niż nic, prawda?

Sezon 3, New Directions, w oryginale Meatloaf. Część występu chóru McKinleya na krajowych, z których  przywieźli puchar. Taniec,  śpiew, radość bijąca od dzieciaków, które robią to co kochają.

Sezon 5 i „The Quarterback” - odcinek poświęcony odejściu Finna. W oryginale Bruce Springsteen, tutaj Puck. Za serce chwyciło mnie smutne spojrzenie Noah skierowane na puste krzesło, na którym siedział jego najlepszy przyjaciel.

Sezon 2, odcinek, w którym Glee Club robi musical szkolny na podstawie Rocky Horror Picture Show. Uwielbiam głos Kurta i Quinn w tej piosence no i uwielbiam Rocky Horror Picture Show. Świetny halloweenowy odcinek ze świetnymi występami.

Sezon 1, w oryginale Rick Springfield, w tym wypadku Finn Hudson. Tak, to jest jedyne solo Finna na tej liście, ponieważ szczerze mówiąc nie lubię za bardzo jego postaci. Mimo to, „Jessie’s Girl” wyszło mu rewelacyjnie.

Sezon 1, Vocal Adrenaline i Queen. Pokłony i gratulacje dla Jonathana Groffa, ponieważ nie skiepścił tego. Moje ulubione wykonanie piosenki Queen w serialu. Do tego świetna aranżacja i choreografia, do której występy Vocal Adrenaline nas przyzwyczaiły.

Znowu piosenka z odcinka „The Quarterback”, tym razem Santany. Dlaczego tak wysoko? Santana i Finn nigdy się nie zgadzali, żyli ze sobą jak pies z kotem. Tylko że każde z nich było tam dla drugiej osoby, jeżeli taka była konieczność. Piękne wykonanie pięknej piosenki The Band Perry.

Najbardziej wzruszająca piosenka w całym serialu. Odcinek „The Quarterback”, w oryginae Bob Dylan, w serialu Rachel. Emocje wylewają się z ekranu i widzimy, że łzy Rachel to łzy Lei. Tak jest również w poprzedniej piosenki. Wiemy, że Finn był miłością życia panny Berry, a to wykonanie wycisnęło ze mnie ostatnie łzy.

Znowu Rachel Berry. Sezon 1, w oryginale Barbra Streisand. Rachel śpiewa piosenkę, którą ćwiczyła odkąd była malutka i jest to jedno z wykonań jej życia. Nieziemski głos, którego nikt pannie Michele odmówić nie może jest pokazany w całej okazałości.

Tak, jestem przewidywalna, bardzo przewidywalna. „Don’t Stop Believing”, w oryginale Journey, tutaj Rachel, Finn, Mercedes, Tina, Artie i Kurt. Hymn Glee i  każdego Gleeka, piosenka przychodząca na myśl od razu po usłyszeniu tytułu serialu. Co ciekawe, piosenka była w serialu jeszcze dwa razy: raz na regionalnych w 1 sezonie, a drugi raz piosenkę zaśpiewała Rachel na przesłuchaniu do Funny Girl. Nic jednak nie przebije pierwszego wykonania z pierwszego odcinka, bezapelacyjnie (w każdym razie w mojej opinii) najlepszej piosenki z Glee.

No, to tyle ode mnie! Oto moje top 15 piosenek z Glee. Macie jakieś inne ulubione występy! Podzielcie się nimi!

niedziela, 9 lutego 2014

Moje top 11 odcinków Doctora Who z Mattem Smithem

Era Matta Smith dobiegła końca, ale odcinki z jego Doktorem zostaną z nami i możemy sobie je przypominać kiedy tylko chcemy. Są epizody gorsze i lepsze, takie które lubimy i takie, do których raczej nie wracamy. Każdy ma swoje ulubione odcinki, mam takie i ja. Oto moje top 11 odcinków Doctora Who z Mattem:



11.Vincent and the Doctor
Doktor i Amy są na wystawie dzieł Vincenta van Gogha. Oglądając obrazy wybitnego malarza zauważają dziwną istotę na jednym z nich. Wskakują więc do TARDIS i cofają się w czasie, by rozwiązać problem, przy czym poznają samego Vincenta.  Piękne obrazy, wzruszająca historia i ważna lekcja, którą przekazał nam Doktor:
I wouldn't say that. The way I see it, every life is a pile of good things and bad things. Hey. The good things don't always soften the bad things, but vice-versa, the bad things don't necessarily spoil the good things and make them unimportant.
Czy potrzeba nam czegoś jeszcze?

10.The Girl Who Waited
Amy, Rory i Doktor utknęli na planecie. Amelia oddziela się od Rory’ego i Doktora, a w efekcie, gdy chcą ją uwolnić, przybywają 36 lat później w jej linii czasowej. Ten epizod skupia się bardziej na pokazaniu nam więzi łączącej Amy i Rory’ego niż na Doktorze. Widzimy, jak bardzo Williamsowi zależy na żonie i jak bardzo chce spędzić z nią resztę życia.

9.Name of the Doctor
Vastra, Jenny i Strax są w niebezpieczeństwie, Doktor robi co w ich mocy, żeby ich uratować. Nawet jeśli oznacza to, że musi znaleźć się w jedynym miejscu, w którym nie może się zjawić.
Powrót River, rozwiązanie zagadki kim jest Clara. Odcinek naładowany emocjami, pełen wzruszeń, ale też humoru – w końcu mamy Vastrę, Jenny i Straxa.

8.The Power of Three
Doktor żyjący jak normalny człowiek? A jednak! Kosi trawnik, gra w piłkę, nudzi się i jest przy tym bardzo zabawny! A, no i gdzieś tam się pałętają czarne sześcianiki. No i oczywiście poznajemy prawdziwe znaczenie „Cubed” – Moc Trójki.

7.The Snowmen
Tutaj mamy Doktora zaraz po utracie Pondów. Doktora smutnego, załamanego, izolującego się od wszystkiego i wszystkich. Zmienia zdanie, spotykając pewną Clarę – guwernantkę i barmankę.  Mamy też staw z lodową guwernantką oraz upiorne bałwany z nieroztapialnego śniegu. No i jest też odnowiona TARDIS.

6.Asylum of the Daleks
Amy, Rory i Doktor zostali pozyskani przez Daleków, żeby im pomóc. W czym? Dalekom grozi niebezpieczeństwo – ktoś nadaje muzykę z Azylu dla szalonych przedstawicieli ich gatunku oraz z w pełni zautomatyzowanego ośrodka robi ruinę. Kim jest intruz? Oswin Oswald, Młodszy Manager statku kosmicznego „Alaska”.

5.Time of the Doctor
Najbardziej wzruszający odcinek z całego zestawienia. Pożegnanie Jedenastego, powitanie Dwunastego. Doktor utknął w mieście Christmas, gdzie można mówić tylko prawdę, i starzeje się w nim. Pojawia się pewna ruda dziewczynka, paluszki rybne I najlepsza przyjaciółka Doktora. Cemu jest tak wysoko? Bo to bardzo dobry odcinek! W porównaniu z “End of Time” jest to pożegnanie Doktora pokazane raczej optymistycznie. Poza tym, jest tu dużo smaczków i świetnie dokończonych wątków. Brawo Moffat!

4.Eleventh Hour
Czyli jak to się wszystko zaczęło. Jedenasty nie za bardzo wie co się dzieje, wie tylko, że się spóźnił. Pewna ruda policjantka zapewnia, że sześć miesięcy, ale farba, którą pomalowana jest odbudowana stodoła mówi co innego. No a poza tym mamy Fish and custard, przerażające pęknięcie w ścianie, więźnia Zero i pierwszą wzmiankę o Ciszy.

3.Day of the Doctor
Odcinek rocznicowy. Jedenasty, Dziesiąty, Clara, Bad Wolf, War Doctor I Gallifrey falls no more. Humor wylewa się z ekranu, ale nie brak też wzruszających momentów. Znowu spotykamy wszystkie wcześniejsze regeneracje Władcy Czasu i jesteśmy świadkami zmiany historii. No, ale mówimy o odcinku rocznicowym, co mogło pójść nie tak?

2.The Crimson Horror
Doktor i Clara w wiktoriańskim Lon… Yorkshire. Tak, Doktor znowu nie trafił. No cóż, zdarza się. Ale, ale! Nie znaczy to, że będą się nudzić. Mają do rozwiązania zagadkę godną Sherlocka Holmesa! Ludzie udają się do Sweetville, po czym są poddawani eksperymentowi, z którego nie wszyscy wychodzą żywi. Ciała tych, którzy nie przetrwali są sztywne, całe czerwone. Brzmi zachęcająco?
Ach, no i znowu wizytę składają Vastra, Jenny i Strax.

1.Time of Angels/Flesh and Stone
Kolejny odcinek z Płaczącymi Aniołami. Dlaczego jest moim ulubionym? Interakcje Doktora i River, River i Amy, przewijające się przez cały sezon pęknięcie w ścianie, które jest w stanie wystraszyć nawet Anioły. Klimat, grupa uderzeniowa szukająca Anioła na wielkim aplańskim cmentarzysku. Nie, nie potrafię podać konkretnych argumentów dlaczego tak bardzo uwielbiam tę przygodę Doktora i Amy. Po prostu, oglądnęłam odcinki, pokochałam i oglądnęłam jeszcze wiele razy.


wtorek, 14 stycznia 2014

GLEE - telewizyjny musical, który osiągnął sukces

Musical. Słysząc to, wiele osób krzywi się, kojarząc owe słowo z cukierkowym światem przedstawionym w „Grease” albo głupotami dla nastolatek, którym jest z pewnością „High School Musical”. Część ludzi zna tytuły takie jak „Rocky Horror Picture Show”, „Cats” czy „Wicked”. Tym, którzy nie przepadają i/lub nie znają tematu, tylko kojarzą niektóre tytuły, pomysł serialu-musicalu wydaje się po prostu głupi. Nachodzi nas więc pytanie: Czy można zrobić musical o formacie serialu, który nie byłby totalną porażką?
    Odpowiedź brzmi tak. Przykładem jest właśnie „Glee”. Może najpierw przybliżę trochę fabułę: Nauczyciel języka hiszpańskiego w jednym z liceów w Ohio, William Schuester, decyduje się wskrzesić szkolny chór. Należą do niego przedstawiciele prawie każdej grupy w owej szkole, a plany Williama za wszelką cenę chce pokrzyżować trenerka cheerleaderek, Sue Sylvester. Brzmi banalnie? Nic z tych rzeczy. To znaczy, oczywiście, streszczenie nie jest za bardzo zachęcające, ale cały ten banał w tym serialu działa! Jakie są przyczyny sukcesu serialu? Temu właśnie chcę się przyjrzeć.
    Po pierwsze: bohaterowie. „Glee” może się poszczycić zestawem jednych z najbarwniejszych postaci, jakie widziałam w serialach. Mamy Rachel Berry: niską Żydówkę, przeciętnej urody,  uważającą się za lepszą od całego świata i mającą jedno jedyne prawdziwe marzenie: Zostać gwiazdą na Broadwayu. Drugi przykład: Finn Hudson. Kapitan szkolnej drużyny futbolowej, jeden z najpopularniejszych chłopaków w szkole, nie grzeszącego inteligencją i dla którego popularność liczy się bardziej niż sam chciałby przyznać. Po trzecie: Kurt Hummel. Nastoletni gej, który jako jedyny w całej szkole „wyszedł z szafy”, mający z powodu swojej orientacji seksualnej wiele nieprzyjemności i na którego zawsze można liczyć, jeżeli chodzi o sprawy związane z modą. To tylko trzy przykłady indywidualności w tym serialu. Tak naprawdę w „Glee” są pokazane postaci, które widzowie w wieku licealnym czy gimnazjalnym znają ze swoich szkolnych korytarzy. Mamy cheerleaderkę, dla której popularność jest najważniejsza, mamy wredną Latynoskę, która obraża praktycznie wszystkich, głupiutką blondyneczkę, nieśmiałą Azjatkę, chłopaka, który znęca się nad słabszymi – takie osoby są wszędzie, w każdej szkole, w każdym kraju, a jednocześnie bohaterowie są bardzo charakterystyczni, wręcz przerysowani. Zapamiętujemy ich, nieważne czy tego chcemy czy nie, czy ich lubimy czy nienawidzimy. Pamiętamy o zarozumiałej Rachel i głupiutkim Finnie.
     To też prowadzi do drugiego powodu: Możemy utożsamiać się z bohaterami. Jestem pewna, że każdy, kto ogląda ten serial zna osoby, które są jak bohaterowie. Wszyscy kojarzymy wredne, popularne dziewczyny, kujonów, itp., ponieważ mijaliśmy je na szkolnych korytarzach. Możliwe też, że sami byliśmy/jesteśmy jak bohaterowie – może ktoś z oglądających jest nieśmiały albo boi się ujawnić swoją orientację seksualną, bo wie, jakie są tego konsekwencje. Bardzo prawdopodobnym jest, że siedząc przed telewizorem myśli sobie „Hej, nie jestem w tym sam…”.
    Sytuacje przedstawiane w serialu są również realistyczne. Niestety to, co jest pokazane w serialu – znęcanie się nad słabszymi, dręczenie osób o innej religii czy orientacji seksualnej – często spotykamy w obecnych czasach. Dzięki temu osoby, które są ofiarami, mogą poczuć się lepiej, bo wiedzą, że nie są same. Uświadamia się je, że ten problem jest ogólnoświatowy, ale też że jest dla nich pomoc, wystarczy o nią poprosić.
    Chyba najważniejszy powód dla serialu musicalowego: Muzyka. Wydawać się może, że w takim serialu będą tylko najnowsze piosenki Lady Gagi, Katy Perry czy Justina Biebera. Nic bardziej mylnego! „Glee” łączy w sobie muzykę z „Funny Girl”, Michaela Jacksona, Lady Gagi, Journey, Queen i Johna Lennona. Wszystkie, naprawdę wszystkie gatunki muzyczne pojawiają się w serialu. Dodatkowo, nierzadko są to własne interpretacje piosenek, które w oryginale są rąbankami, w serialu zaśpiewane są jako ballady. Każdy znajdzie jakąś ulubioną piosenkę, coś, co go zachwyci.
    Czy „Glee” to serial dla wszystkich? Nie. Trzeba lubić musicale, trzeba akceptować to, że nie tylko oryginalne wersje piosenek są godne przesłuchania, trzeba lubić seriale młodzieżowe. Nawet jeżeli wszystkie trzy warunki są spełnione, nie jest powiedziane, że polubi się bohaterów. Są bardzo przerysowani, dla niektórych aż nazbyt. Nie zmienia to jednak postaci rzeczy, że „Glee” osiągnęło bardzo duży sukces jak na młodzieżowy serial musicalowy. Warto dać mu szansę*.
Do zobaczenia,
Seras


*Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że serial jest w coraz słabszej formie. Mimo wszystko go uwielbiam i polecam.